Oaxaca. W krainie kaktusów.

wpis w: Gdzie byliśmy, Meksyk | 0
Przyszedł czas na stan Oaxaca, który według napotkanych opinii i wpisów w internecie powinien nas oczarować i zadowolić podróżnicze apetyty.

Stan Oaxaca był naszym trzecim, który zwiedzaliśmy w Meksyku (po Jukatan i Chiapas). Stan jest słabo rozwinięty przemysłowo, głównie nastawiony na turystykę. Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od stolicy regionu o tej samej nazwie, czyli Oaxaca. Do miasta przybyliśmy nad ranem jadąc nocnym autobusem z Tuxtli. To, co rzuciło nam się w oczy już podczas podróży to piaszczyste krajobrazy i liczne kaktusy. Zupełnie odmienny klimat niż ten, z jakim mieliśmy do czynienia w Chiapas, a szczególnie Palenque i San Cristobal. Aby dostać się z dworca autobusowego do centrum, gdzie był nasz planowany hostel, musieliśmy przejść jakieś 2 km. Już podczas tego spaceru widzieliśmy ładne uliczki o niskiej zabudowie, miasto wyglądało na czyste i spokojne – pierwsze wrażenie bardzo dobre 🙂 Centralnym punktem miasta jest Zócalo, czyli centralny parku w mieście. Jak we wcześniejszych miastach Meksyku, pośrodku była oranżeria oraz dużo zieleni i ławek. Niestety w tym czasie w całym Meksyku trwały mniejsze-większe strajki spowodowane wzrostem cen paliw, co skutkowało tym, że część parku była zajęta przez namioty i transparenty. Ale ogólnie park ładny jak i reszta starej części Oaxacy. Stare miasto jest w większości zbudowane z kolorowych kamienic. Oprócz parku warto wspomnieć o dwóch kościołach: katedrze Nuestra Señora De La Asunción oraz kościele Santo Domingo.

Kolorowe uliczki Oaxaca

W mieście są trzy duże targowiska. Dwa w centrum z rękodziełami i tutejszymi przysmakami przeznaczone głównie dla turystów oraz jedno, oddalone o 15 minut pieszo od centrum, największe, w którym mieszkańcy miasta mogą zakupić wszystko, co im do życia potrzebne (od jedzenia, sprzęt AGD RTV i co tam jeszcze chcecie). My pierwszego dania oczywiście wybraliśmy to ostatnie, w poszukiwaniu owoców i taniego, dobrego jedzenia. Targowisko było ogromne, niskie i zadaszone, z milionem ścieżek, przez co niełatwo było się w nim odnaleźć. Rada, część warzywno-owocowa jest na końcu targowiska jak się idzie od strony centrum.

W centrum miasta jest dużo kobiet ubranych w ludowe stroje sprzedające a to ozdoby a to coś do zjedzenia.

To, czego nie dało się nie zauważyć chodząc po uliczkach starego miasta i po targowiskach, to liczne sklepy/kawiarenki z czekoladą w każdej postaci oraz stragany z kulami białego sera – stan Oaxaca słynie z tych dwóch produktów. Jak nam mówiono, bez względu na region kraju, każdy Meksykanin zawsze ma ten ser w lodówce. Były to dwie rzeczy, które skradły nam serce, a bardziej podniebienie. Powiem tak, czekajcie na wpis o jedzeniu z Meksyku, a szczególnie o jedzeniu ze stanu Oaxaca, bo warto! 

Drugi dzień w Oaxaca to muzea i sztuka. Najpierw wybraliśmy się do muzeum de las Culturas de Oaxaca, a dokładnie Gosia 🙂 (bilet 70 MXN). Żona ma była bardzo zadowolona z muzeum, dużo ciekawych eksponatów włącznie ze słynną czaszką. I choć na każdym kroku podkreśla się, że to jedno z najlepszych muzeów w Meksyku, to brak angielskojęzycznych opisów eksponatów to lekkie przegięcie. Szczególnie, że jak na warunki meksykańskie nie jest to tania rozrywka. Ja jako wielki miłośnik muzeów postanowiłem wylegiwać się na placu przed muzeum, podziwiając jak para 50latków obchodzi swoją rocznicę. Otóż stali przed wejściem do kościoła z 20 min, czekając na księdza, wymalowani, on w garniturze, ona obcas, pełne słońce, z 40 stopni w słońcu trzymając w klatce gołębie.. takie to rzeczy.

Słynna czaszka z muzeum

Popołudniu postanowiliśmy się przejść po licznych, darmowych galeriach zlokalizowanych w centrum miasta. Są to w większości niewielkie, prywatne galerie, gdzie można podziwiać obrazy, rzeźby, brać udział w kursach fotograficznych, zakupić co nieco. My zwiedziliśmy dwie, jedna ze zdjęciami a druga z obrazami ”młodych, zdolnych artystów”. Wiemy, że byli młodzi bo los chciał, że w momencie kiedy my zwiedzaliśmy galerię trwało otwarcie ich ekspozycji (raptem z 20 obrazów). A jak otwarcie ekspozycji to załapaliśmy się na darmowe piwa, a dokładnie po dwie Corony na głowę 🙂 Z przykrością stwierdzam, że zarówno przed i po dwóch piwach dalej nie jestem fanem współczesnego malarstwa.   

Hierve el Agua

Po dwóch miłych daniach w mieście wybraliśmy się do Hierve el Agua, podobno najdziwniejszego wodospadu na świecie. Miano to zawdzięcza swojej nietypowej budowie. Otóż wpływa on z niewielkich basenów u szczytu góry (można się w nich kąpać), po czym woda spływa z 30 metrów w dół i zastyga w kamiennych formach (wynika to z dużej zawartości minerałowy w wodzie).Wodospad znajduję się 1,5 godziny drogi od Oaxaca, a można się do niego dostać colectivo z jedna przesiadką lub wykupionym tourem. My wybraliśmy colectivo, co wymagało trochę kombinacji. Najpierw szukanie prawidłowego lokalnego autobusu przy największym targowisku. Jak już wcześniej wspomnieliśmy, jest ono ogromne i nie łatwo się na nim odnaleźć. Dodając do tego skłonność Meksykanów do wzajemnego zaprzeczenia sobie, daje to 20 minutową zabawę w “znajdź prawidłowy autobus“. Po jej zakończeniu (siedzimy już w autobusie) czeka nas godzinna jazda do miejscowości Mitla. Po dojechaniu do miasta, złapaliśmy drugi transport do wodospadu. Droga biegła przez wysoką, piaszczystą górę, a sama podroż zajęła godzinę. Przyjeżdżamy na miejsce, płacimy 20 MXN za wejście i.. zimno, w końcu jesteśmy ponad 2400 m n.p.m. Słońca brak i tłum turystów. My przygotowani na kąpiel a tu klops (choć dobry polski klops jest dooobry….trochę już tęsknie). Gosia ma polar, ja okrywam się ręcznikiem (małym z mikrofibry, czyli jakbym się niczym nie okrył, chodzę jak tofik zmarznięty) i zaczynamy krążyć wokół wodospadu. Po 20 minutach chodzenia zaczyna wychodzić słońce, robi się ciepło i wtedy naprawdę można zobaczyć całe piękno Hierve el Agua. Przyznajemy, że faktycznie wodospad jest niesamowity, zwłaszcza baseny, z których wypływa. Dodatkowo na górze widać niesamowite krajobrazy. Woda jednak nie jest za czysta, więc na kąpiel się nie decydujemy. Po 1,5 godzinie wracamy tym samym sposobem do Mitli. Przechadzamy się krótko po mieście, ale nic tam nie ma, więc łapiemy autobus do Oaxaca. Przed 17 jesteśmy na miejscu.

Widok na wodospad z góry

Ja + widoki + moczenie nóg

 Monte Albán

Kolejny punkt na naszej liście do zobaczenie w stanie Oaxaca to ruiny Monte Albán, wpisane w 1987 roku na listę UNESCO. Do dnia dzisiejszego odkryto zaledwie 10% pierwotnej zabudowy, a i tak robią wielkie wrażenie. Do dnia dzisiejszego nie wiadomo dlaczego miasto zostało upuszczone prze Indian. Ruiny te znajdują się 10 km od miasta Oaxaca, na wzgórzach i są pozostałościami po dawnym mieście Zapoteków. Można dostać się do nich dostać na dwa sposoby. Pierwszy to wycieczka, a raczej kurs w dwie strony busem turystycznym, z centrum Oaxaca pod bramę ruin za 50 MXN z 3-godzinnym czasem na zwiedzanie (cena nie zawiera biletu wstępu do ruin). W hostelu pomogą Wam znaleźć, gdzie zakupić taki kurs. Druga (tańsza opcja) to ponowna zabawa w “znajdź prawidłowy autobus“ przy głównym targowisku i podjechanie dwa kilometry od ruiny i spacerek. Koszt to 12 MXN w dwie strony na głowę. My się lubimy bawić, więc wybraliśmy tańszą wersję. Wejście na ruiny to koszt 65 MXN od osoby. Ruiny są ciekawe, dobrze widać jaki był rozkład budynków. Można wejść na dwie dość wysokie piramidy. W porównaniu z Palenque jest to obszar całkowicie piaszczysty i kamienisty. Jak będziecie się tam wybierać weźcie coś do przykrycia na głowę i krem do opalania (ruiny są na wysokości 2000 m n,p.m. i słońce potrafi przygrzać). Nam zwiedzanie zajęło z 3 godziny z czego 30 minut to podziwianie widoków ze wzgórza na Oaxaca i okoliczne doliny.

Główny plac starożytnego miasta

Widok z ruin na miasto Oaxaca

Puerto Escondido

Jako, że stan Oaxaca ma dostęp do Oceanu Spokojnego, a my nigdy się w nim nie kąpaliśmy, to postanowiliśmy wykorzystać okazję. Z Oaxaca najbliżej do Puerto Escondido, 60 tys ośrodka wypoczynkowego słynącego z plaż, miejsca do serfowania oraz możliwości nurkowania. Mieliśmy dwa sposoby na dotarcie do Puerto z Oaxaca. Autobusy nocne ADO (jadą 13 godzin, kosztują 450 MXN od osoby) lub vany jadące na skróty przez góry (trasa na 7 godzin w nocy, cena 200 MXN; opcja podpowiedziana w hostelu). Wybraliśmy drugą opcję, bo tańsza i szybsza. Bus podjechał pod hostel nawet przed czasem, z 10 minutowym wyprzedzeniem, co jest rzadkością, aby odjazdy były punktualnie. I w drogę.. ale nie. Najpierw zajeżdżamy do centrali busów, gdzie dosiada się reszta meksykańskich pasażerów i po godzinie nasz pełen bus zaczyna podróż. Bus ma mało miejsca na nogi, ale przez pierwszą godzinę czas jakoś mija, aby potem zaczęło się piekło. Otóż górska droga między Oaxaca a Puerto Escondido, którą podróżowaliśmy jest bardzo kręta i cały czas jedzie się w górę i dół. Nasz kierowca był niczym meksykańskie wcielenie Stiga z Top Geara, każdy zakręt ścinany, silnik cały czas na pełnych obrotach. Nie wiem co ładują w te vany, ale nasz kierowca zrobił z tego busa Formułę 1. I tak po 7 godzinach jazdy, gdzie spaliśmy max godzinę, wyszliśmy jakbyśmy byli w grzechotce małego dziecka.

Nasza „formula 1” była podobna do czegoś takiego

Byliśmy wykończeni, a ja będąc w amoku zabrałem plecak i chciałem gdzieś iść, nawet nie wiem gdzie. Dobrze, że Gosia mnie oprzytomniała, że najpierw trzeba wiedzieć gdzie 🙂 Ale jak już się ogarnęliśmy, to wybraliśmy się na plażę. Jak już pisałem w Puerto do wyboru są trzy plaże. My wybraliśmy najbliższą centrum, czyli Zicatela. Przy wejściu od centrum miasta stało dużo łódek i leżakowało sporo Meksykanów. Postanowiliśmy przejść się trochę dalej w stronę barów dla wygodniejszych (patrz: bogatszych turystów). Znaleźliśmy dwa leżaki z parasolami i stolikiem przy jednym z barów (bez parasoli ani rusz na plaży, z 35 stopni w cieniu i pełne słońce). A to na zmianę spaliśmy, kąpaliśmy się, byczyliśmy się. Sama plaża czysta, piaszczysta, woda bardzo ciepła. Nie wiemy czy woda przejrzysta, gdyż były bardzo duże fale, które co chwile mąciły wodę. A były to największe fale, jakie w życiu widzieliśmy (fale na wyspie Fuerteventura  to był pikuś przy nich). Nawet nie próbowaliśmy się kąpać w miejscu występowania największych fal, tylko bliżej zatoki, gdzie były o połowę mniejsze. Po całym dniu leżakowania i odpoczynku postanowiliśmy, że następnego dnia z rana jedziemy do Mazunte.

Plaża Zicatela

Mazunte

Mazunte to mała wioska oddalona o 50 km od Puerto Escondido, znana z pięknej plaży, przyczółka na którym można zobaczyć jeden z najpiękniejszych zachodów słońca w Meksyku oraz miejsca, gdzie żółwie morskie składają jaja na plaży. Aby się do niego dostać z Puerto Escondiro wsiedliśmy w lokalny autobus, który jechał w kierunku Pochutli. Po godzinie jazdy na skrzyżowaniu przesiedliśmy się do taksówki z 3 innymi osobami (tak 5 pasażerów i kierowca w zwykłym sedanie to w Meksyku standard; można też zabrać się z taxi colectivo). O tani dobry nocleg Mazunte trudno. Miejsc do spania jest wprawdzie dużo, ale w rozsądnych cenach (do 40 zł za osobę na noc) to nic ciekawego się nie znajdzie (pokoje male, ciasne, czystość to słowo nieznane, w naszej łazience był mały skorpion; pole namiotowe były placami przed domami). Zdawało się, że mieszkańcy Mazunte dobrze wiedzieli, że niedużo muszą robić, bo i tak turyści przyjadą, więc nie za bardzo dbali o jakość noclegów (chyba, że tych droższych). Podobnie wyglądała sytuacja z zaopatrzeniem. Sklepy były droższe niż Puerto Escondido, a warzywa i owoce nie były najlepsze, jakie można było kupić w Meksyku. Plaża była piaszczysta z małymi falami, dzięki jej położeniu w zatoce. Ogólnie w miasteczko było dla hipisów z wszystkimi tego konsekwencjami (bylejakość, bałagan, smrodek). To, co było fajne to oprócz dobrej plaży do kąpania, to pierwsza degustacja świeżego kokosa oraz przylądek, gdzie było można było podziwiać piękny zachód słońca (ale oczywiście przyszło paru nagich hipisów podziwiając z nami jak słońce chowa za horyzontem). 

Zachód słońca w Mazunte

Przenocowaliśmy w Mazunte dwie noce i wróciliśmy do Puerto Escondido, co jak patrząc z perspektywy czasu było super miejscem do odpoczynku nad Oceanem Spokojnym. Dodatkowo pewnego razu nad rankiem w naszej kuchni hotelowej mogliśmy podziwiać takiego oto kolegę 🙂

W dalszą podróż ruszyliśmy dokładnie tą samą trasą co przyjechaliśmy, czyli bus przez góry do Oaxaca (tym razem za dnia; trasa przepiękna! nie wiedzieliśmy ze Meksyk ma tak piękne góry). Tam 20 minutowa zabawa w szukanie dworca 2 klasy i nocna podróż do Puebli. A co dalej to już inna historia…

 

Podążaj Jacek:

już po 30, przed wyprawą życia, mąż

Zostaw komentarz