Nie takie srebrne Potosi.

wpis w: Boliwia, Gdzie byliśmy | 0
Nikt z żyjących mitycznego El Dorado nie odnalazł, ale za to doszukano się srebrnej góry – Cierro Rico, która swoje miejsce ma w Potosi w Boliwii.

Od XVI wieku konsekwentnie wydobywane jest tutaj srebro. W czasach kolonialnych Potosi, srebro eksportowane było w postaci wytłoczonych w miejskiej mennicy monet do Hiszpanii. W tamtym czasie Potosi ze względu na wysoki, ekonomiczny status, przeżywało swój najlepszy okres. Było wyjątkowym ośrodkiem handlu, rzemiosła, pięknej kolonialnej architektury, pełne urokliwych uliczek oraz rzecz jasna, bogatych mieszkańców. Teraz, jak sami lokalsi mówią – Potosi jest miejscem zapomnianym przez wszystkich.

Nieustannie od ponad czterech stuleci, głównym zajęciem męskiej części mieszkańców Potosi jest praca w kopalniach przy wydobywaniu srebra. Warunki oraz sposób pracy niewiele zmienił się od momentu rozpoczęcia wydobywania kruszcu, więc i konsekwencje są podobne. Odsetek umieralności wśród młodych mężczyzn jest dość wysoki, a śmiertelne choroby, charakterystyczne dla pracy w pylastym środowisku, najczęściej dotykają górników w bardzo młodym wieku (wiedza zaczerpnięta od lokalsów).

Historia kopalń w Potosi jest dosyć długa i mroczna. Odkąd hiszpańscy konkwistadorzy uznali Potosi za ich raj odnaleziony oraz cenne i niewysychające źródełko dochodu, postawili na szybki zysk wysokim kosztem. Do pracy w kopalniach zaciągano więc niewolników, czyli najczęściej rodzimą ludność, która zamieszkiwała wówczas okolice. Z czasem zmieniono formę „zatrudnienia”. W kopalniach mogli pracować już ci, którzy szukali zarobku. Oferowano więc stałą wypłatę za wykonaną pracę. Okazało się to nie najlepszym rozwiązaniem, bo górnicy na zakończenie swojej zmiany chętnie opuszczali kopalnię wraz ze srebrem. Ostatecznie postanowiono, że wypłata zależeć będzie od wyniku, tj. ilości wydobytego srebra. W skrócie: im więcej kruszcu wykopiesz, tym większą pensję otrzymasz. Tak jest do dzisiaj.

To, o czym piszę powyżej to wiedza zdobyta od przewodnika muzeum monet (budynek był wcześniej drugą w mieście mennicą) oraz od osób, które zdecydowały się na wycieczkę do kopalni, z której my świadomie zrezygnowaliśmy. A czemu? Stwierdziliśmy, że to jest ten moment, kiedy chcemy powiedzieć „stop”. Nie jestem przekonana, czy poruszanie się po wąskich tunelach kopalni, w której nadal pracują górnicy i podglądanie ich pracy w niezmiennych od czasów kolonialnych warunkach, to jeszcze turystyka czy już przekroczenie tej granicy. Poza tym z tego, co się dowiedzieliśmy, wycieczka po kopalni to duże ryzyko dla zwiedzających związane z tym, że najzwyczajniej w świecie w tunelach nadal odbywają się prace wydobywcze. Standardem jest więc usłyszenie eksplozji, spadające na głowę kamyki, czy nawet zawalenie się ściany. Nie jest też obca sytuacja, kiedy turyści zostają zablokowani w kopalni, bo w czasie ich wycieczki jeden z tuneli przestaje być drożny. W związku z tym, każda agencja organizująca toury, zobowiązana jest do przedstawienia petentowi karteczki do podpisania, że w razie wypadku (wszelakiego), agencja nie jest odpowiedzialna za uszczerbek na zdrowiu, itd. Przewodnikami wycieczek są najczęściej eks-górnicy, którzy dorabiają sobie oprowadzając grupy. Mile widziane są również prezenty od turystów dla pracujących górników, czyli alkohol, liście koki lub dynamit, który swoją drogą można swobodnie kupić na lokalnym mercado.

A co my zrobiliśmy? Choć w przewodniku piszą, że do Potosi wybrać się trzeba ze względu na wycieczkę po kopalni, to nie wydaje mi się być to takie atrakcyjne, znając historię i obecne warunki pracy górników. Taka forma turystyki nam nie odpowiada, choć oczywiście decyzja należy do każdego indywidualnie.

Podążaj Małgosia:

Lubię, gdy jest wietrznie, jeść owoce zerwane prosto z drzewa, zapach żniw, ludzi i pasikoniki. Nie lubię żółtego sera.

Ostatnie wpisy

Zostaw komentarz