Największe solnisko świata i kolorowe laguny.

wpis w: Boliwia, Gdzie byliśmy | 0
Wyjazd po Salar de Uyuni był na naszej liście od samego początku. Wiedzieliśmy, że pojedziemy tam na pewno. Zbyt wiele zdjęć słonego jeziora widziałam, żeby się tam nie wybrać, tym bardziej że byliśmy tak blisko.

Z pobytem w Boliwii miałam początkowo problem. Nie tak całkiem długo przed naszym przyjazdem było głośno o morderstwie polskiej wolontariuszki w Cochabambie. Dodatkowo większość osób, z którymi rozmawialiśmy, a które stamtąd wracały mówiły, że jest to kraj ludzi podejrzliwych i nieuprzejmych, więc trzeba cały czas mieć się na baczności. Nas nic złego nie spotkało, wręcz przeciwnie. W konsekwencji zostaliśmy w Boliwii dłużej niż planowaliśmy.

Połowę naszego pobytu spędziliśmy kierując się z północy przez centralną Boliwię, a zakończyliśmy nasze odwiedziny wisienką na torcie, czyli Salar de Uyuni i park narodowy Eduardo Avaroa. W całym kraju jest dobrze rozwinięta komunikacja autobusowa, także dotrzeć do Uyuni nie ma najmniejszego problemu. Co prawda nie ma co liczyć na punktualność, ale zdaje się, że jest to domena krajów latynoskich. Po kilku godzinach w autobusie docieramy do Uyuni, nieciekawego miasteczka pośrodku pustyni. Samo Uyuni to parę ulic, z betonowymi, zakurzonymi od pustynnych wiatrów domami. Jedynie jedna uliczka ma trochę więcej życia, ale to ze względu na całkiem duży turystyczny ruch. Znajdziemy więc tu sporo knajpek, sklepów z pamiątkami oraz agencjami organizującymi roadtripy.

Salar de Uyuni to największe solnisko na świecie i jedno z najbardziej płaskich powierzchni świata. Czytałam o tych, którzy wybrali się na salar własnym samochodem, albo nawet pieszo, ale my ani samochodu nie mieliśmy (swoją drogą przy takiej ilości soli bałabym się o własne auto), a o pieszej wędrówce nawet bym nie pomyślała 😉 Zdecydowaliśmy się więc jak pewnie 90% odwiedzających na usługi agencji. To była nasza druga wycieczka z agencją od czasu startu naszej podróży 😉 Agencję wybraliśmy z polecenia i faktycznie nie zawiedliśmy się. Zdecydowaliśmy się na trzydniową wycieczkę, która zakończyć się miała w San Pedro de Atacama w Chile. Wybór agencji i wycieczek, które organizują jest masa, także każdy powinien znaleźć coś dla siebie.

Wystartowaliśmy o 10 rano i razem z sześcioma towarzyszami wpakowaliśmy się do terenowego auta, by ruszyć w stronę cmentarzyska pociągów. Jak się okazało w przeszłości całkiem nieźle funkcjonowała tutaj kolej, obecnie jest wyłącznie punktem na turystycznej mapie. Po kilkunastominutowej przerwie ruszyliśmy w kierunku salar, zatrzymując się najpierw na lunch w zbudowanym z soli schronisku. Jazda przez salar trwała właściwie cały dzień i co tu dużo mówić, była niesamowitą przygodą! Słona pustynia ma ogromną powierzchnię i mimo, że tego dnia sporo samochodów wyjechało na podobne roadtripy to nie spotkaliśmy tego dnia już nikogo więcej. Oczywiście był i czas zaplanowany na wszystkie śmieszne zdjęcia i czas na trochę dłuższą kontemplację 🙂 Przy okazji polecamy zabrać ze sobą okulary przeciwsłoneczne. W pełnym słońcu otworzenie oczu w takim miejscu zakrawa o niemożliwe 😉 Tej nocy spaliśmy w hotelu z soli. Ściany, podłoga a nawet meble zrobione były z soli. Mimo, że znajdowaliśmy się praktycznie na pustyni to hotel przyjemnie trzymał ciepło.

Następnego dnia zostawiliśmy za sobą słoną pustynię i skierowaliśmy się do parku Eduardo Avaroa w poszukiwaniu kolorowych lagun, gejzerów, flamingów i wulkanów. Otoczenie jest raczej pustynne, więc nie znajdziemy schronienia przed słońcem i choć nie jest gorąco a raczej wietrznie, to lepiej zaopatrzyć się w krem do opalania. Przyroda w tym miejscu jest tak zróżnicowana, niesamowita i zaskakująca, że trudno ją porównać do każdej innej. Obserwacja nieba w nocy to też wyjątkowe doświadczenie. Chyba do tej pory nie wiedziałam, że gwiazdy potrafią być tak nisko nad horyzontem! W ten sposób np. ominęliśmy większość atrakcji oferowanych w San Pedro de Atacama, do których wstęp był znacznie droższy a niejednokrotnie ustępował boliwijskiej przyrodzie.

Park Eduardo Avaroa znajduje się na dużej wysokości nad poziomem morza i dla tych, którzy nie odbyli swojej aklimatyzacji może być lekką udręką. W trakcie roadtripu najwyższy punkt, na którym się znajdowaliśmy to niewiele ponad 5000 m n.p.m. i to właśnie tam można skorzystać z kąpieli w wodach termalnych. Oczywiście zrobiliśmy to, choć przyznać muszę, że przy nagłej zmianie temperatury i będąc na takiej wysokości, zakręciło mi się w głowie. Także polecam być roztropnym 🙂

Z podobnych tourów czy roadtripów nie korzystaliśmy zbyt wiele. Jednak jest to duży wydatek w krótkim czasie, ale możemy zdecydowanie powiedzieć, że jest to jedno z naszych lepszych podróżniczych doświadczeń. Nie tylko Salar de Uyuni, ale cała reszta parku to tak samo nieziemskie wrażenia. Polecamy!

Podążaj Małgosia:

Lubię, gdy jest wietrznie, jeść owoce zerwane prosto z drzewa, zapach żniw, ludzi i pasikoniki. Nie lubię żółtego sera.

Ostatnie wpisy

Zostaw komentarz