Jukatan – pierwsze kroki w Meksyku

wpis w: Gdzie byliśmy, Meksyk | 0
Po dziesięciu dniach na Kubie, przyszedł czas na Meksyk, a dokładnie stan Jukatan. Jak już wspomnieliśmy w naszych poprzednich postach Kuba była interesująca, ale i męcząca do podróżowania. Dlatego też już chcieliśmy jechać dalej i nie mogliśmy się trochę doczekać Meksyku, tym bardziej, że osoby które spotkaliśmy na Kubie mówiły, że to kraj o lepszym jedzeniu, milszych ludziach i tańszy. No to zaczynamy!

Pierwsza styczność z Meksykiem nastąpiła poprzez linie lotnicze, a dokładnie Interjet – meksykańska linia lotnicza, którą lecieliśmy do Meridy, stolicy Jukatanu. Samolot (airbus a320) był czysty, było dużo miejsca na nogi (więcej niż w samolocie międzykontynentalnym z Moskwy do Hawany). Dodatkowy atut linii to fakt, że na 2 godziny lotu była oferta drinków (to ruskie linie oszczędziły alkoholu a meksykańskie nie!?).

Już podczas lotu dało się zauważyć, że miasta w Meksyku nie są za wysokie, ale za to bardzo rozległe. Takie też było nasze pierwsze miasto Merida. Miasto o stosunkowo niskiej zabudowie, wąskich uliczkach. Za to co bardzo ułatwiło poruszanie się po mieście to numeracja ulic zamiast nazw (dwie minuty i wiesz co, gdzie i jak, bajka!). Choć miasto duże (770 tys. mieszkańców) to do zwiedzania tylko główny plac miasta z katedrą oraz sąsiednie uliczki (jeden dzień i wszystko zwiedzone). Ceny hosteli w mieście przeciętne, my znaleźliśmy hostel za 150 MXN (30 zł za osobę w tym śniadanie (kawałek owoca, kawa i dwa placki podobne do racucha). Tani natomiast był transport publiczny, np. za lokalny autobus z okolic lotniska do centrum Meridy 6 peso (1,20 zl), a jechało się z 20 minut. Najcenniejszy dla nas był jednak fakt dostępności produktów w sklepach oraz łatwość kupowania warzyw i owoców (bardzo nam tego brakowało na Kubie). Po kilku rozmowach już wiedzieliśmy, że jak chcemy dobre, tanie jedzenie to tylko na lokalnych targach (mercado), gdzie można dostać tanie tacosy, burrito, torille i inne rzeczy (o jedzeniu w Meksyku będzie osobny post 😉 ) W oczy rzucała się jeszcze jedna rzecz: niski wzrost mieszkańców Meridy i ogólny brak szyi.

Merida: rynek, kamienica + symbole majów w muzeum 

Następny punkt w naszej podróży to Isla Holbox. Niewielka wyspa położona na wschodnich krańcach półwyspu Jukatan (1,9 tys. stałych mieszkańców). Zdecydowaliśmy się na nią wybrać po rozmowie z pewną Niemką jeszcze na Kubie. Mówiła, że jest tam tak, jak sobie wyobrażasz rajskie wyspy: palmy, biały piasek, idealnie krystaliczna woda…normalnie same och ach :P. Trzeba dodać, że żeby tam się dostać z Meridy wybraliśmy się nocnym autobusem. Sześć godzin po wyboistych drogach + akurat na naszych miejscach skraplała się woda z klimatyzacji. Tak dojechaliśmy do wisi Chiquila, a potem promem pół godziny. Ale wierzcie, warto było! Mówię to ja, wielki miłośnik plaż ;P (kto mnie zna ten wie, że ogólnie dla mnie to nuda). Kto mi nie wierzyć – spójrzcie na te zdjęcia! Szczególnie duże wrażenie zrobiły na mnie pelikany polujące na ryby. Dodatkowy atut wyspy to brak dużych hoteli, przez co miejsce nie jest typowym kurortem i śmiało można tam odpocząć (uwaga: hotele nie są tanie).

A taka fota z plaży…

Pelikany są tu wszechobecne

No i obowiązkowy zachód słońca

Spędziliśmy na wyspie trzy noce. Pierwotnie chcieliśmy spać na dziko, ale jako, że trudno było dogadać się, aby gdzieś się umyć po kąpieli w oceanie, zdecydowaliśmy się spać na małym polu namiotowym (tuż przy hostelu z dostępem do prysznica z prowizoryczną kuchnią). Dodatkowo nasze pole miało dostęp do plaży i leżaki, co nie powiem bardzo pozytywnie wpłynęło na moją opinię o tamtejszej plaży (czy to już starość? podobają mi się leżaki i wylegiwanie się na plaży?). Ceny w knajpach są dość wysokie (jedzenie trzeba w końcu dowieźć promem), więc gotowaliśmy sami + jedliśmy mnóstwo ananasów i bananów 🙂 Wraz ze spotkaną parą (choć nie wiadomo czy to była para.. ona Wenezuelka chciała, on Niemiec był raczej na gelassen (no nie wiem)) wybraliśmy się w nocy na koniec wyspy, aby w całkowitych ciemnościach oglądać świecący plankton (niestety nie mamy zdjęć, gdyż były duże fale a i w dodatku nie łatwo to wychwycić aparatem). Jeżeli macie okazję to odwiedźcie tę wyspę!

A tak się czuliśmy na wyspie

I tak po trzech dniach leżakowania i pełnej laby wybraliśmy się na drugą stronę Jukatanu (przejeżdżając przez Meridę) do Celestún. Nasz powód wyprawy do tego miasta był prosty: flamingi! Według informacji od lokalsów i informacji turystycznej było to jedno z dwóch miast na półwyspie, gdzie można je zobaczyć. Miasto nie za duże (6 tys. mieszkańców), dwie godziny drogi z Meridy. Gdy wysiedliśmy z autobusu ukazała nam się spokojna mieścina, gdzie turystów jest tyle co rekinów w Bałtyku – czyli nic. Za to już po minucie zagadał do nas jakiś jegomość oferując pokoje do wynajęcia. Trochę go zbyliśmy mając na uwadze fakt, że jak zwykle ktoś podchodzi i coś proponuje, to pewnie będzie to ściema. Mimo wszystko wzięliśmy na wszelki wypadek adres hostelu. Idąc ku morzu z rynku miasta okazało się, że dalej turystów nie widać, ani żadnego otwartego miejsca do spania. Ruszyliśmy więc w poszukiwaniu owego hostelu. Jako, że ulice nie były oznaczone, a mieszkańcy wzajemnie wykluczali prawidłową drogę do hostelu (jedni w prawo, drudzy w lewo. Meksykanie nie znają się na mapie) nie było to łatwe. Jak się okazuje na Jukatanie, jak i w samym Meksyku jest dużo amerykańskich turystów-emerytów. Szczególnie jest ich dużo podczas zimy w USA, kiedy to przyjeżdżają do ciepłego Meksyku, aby zimę przeczekać. Właśnie jedna taka Amerykanka postanowiła nam pomóc (bo jak sama przyznała jest na emeryturze i ma dużo wolnego czasu). Słysząc po co przyjechaliśmy do Celestún, postanowiła zabrać na samochodem do miejsca, gdzie mogliśmy podziwiać flamingi. Było to miejsce oddalone 15 minut od miasta, idąc pieszo, na rozlewisku, co ważne za darmo (oczywiście w mieście można wynająć łódź, która was zabierze do flamingów za jedyne 800 pesos (około 160 zł za wynajęcie łodzi; jak znajdziecie więcej ludzi do łodzi to cena na głowę spadnie). Co do samych flamingów: Gosia była nimi zachwycona! Ja nie powiem, ciekawie było widzieć różowe duże ptaki, które gęgają i w dziwny sposób poruszają się przy brzegu.

Pierwsze zauważone flamingi 

Potem było ich więcej…

Gosia + flamingi

Po 10 minutach pierwszego spotkania z flamingami, wsiedliśmy znów do samochodu Amerykanki i pojechaliśmy do hostelu. Miejsce okazało się przyjemnie i tanie. Wynikało to pewnie z tego, że gospodarz nie miał innych gości, więc skakał wokół nas, aby tylko u niego zostać. I tak wzięliśmy pokój dwuosobowy z łazienką w całkiem nowym budynku. Do tego było 100 metrów do oceanu oraz kajaki za free do wypożyczenia. Wszystko za 200 pesos na dwie osoby. Postanowiliśmy przenocować tu dwie noce (zmęczeni podróżą z Isla Holbox i upałami). Idąc na plaże zrozumieliśmy dlaczego nie ma tu turystów: plaża zarośnięta, w wodzie mnóstwo wodorostów, woda zamulona. Ale za to byliśmy prawie sami (nie licząc tubylców). Choć ja się świetnie bawiłem na kajaku, gdy Gosia doszlifowała opaleniznę

W drodze na plażę

W poszukiwaniu hostelu w Celestún

Następnego dnia znów udaliśmy się zobaczyć flamingi w tym samym miejscu, co poprzednio. Ludzi, a szczególnie turystów w mieście dalej nie przybyło. Doszliśmy do wniosku, że ktoś chciał swego czasu zrobić z Celestún kurort turystyczny (liczne pozamykane knajpy i hotele, sporo działek na sprzedaż), ale coś tu nie wyszło (chyba same flamingi bez porządnego wybrzeża to za mało).

Ostatnim punktem na Jukatanie z cyklu “musimy to zobaczyć” były cenoty, czyli jeziora w jaskiniach. Na Jukatanie jest ich szczególnie dużo. Chcąc je zobaczyć wróciliśmy rankiem z Celestún do Meridy, skąd złapaliśmy colectivo do Homún (dwie godziny jazdy za 25 pesos w jedną stronę; duże torby zostawiliśmy przy dworcu w Meridzie u miłego dziadka, który to niegdyś odwiedził Polskę). Po przyjeździe do Homún od razu wpadliśmy w sidła lokalsów organizujących wycieczki do cenot. I tak za jedyne 120 pesos za osobę (60 zł za osobę) mogliśmy być wożeni rikszą po pięciu cenotach. Oferta była na trzy godziny i nie uwzględniała opłat wstępu do cenot (średnio cena wstępu do jednej cenoty to 25 – 27 pesos za osobę). W Meridzie usłyszeliśmy, że lepszy sposób to przebić się przez tłum tamtejszych agentów turystycznych na rikszach i znaleźć te, którymi jeżdżą lokalsi. Tak też zrobiliśmy. Pewien napotkany młodziak zawiózł nas za 20 peso do pierwszej cenoty. Była to niewielka zamknięta cenota (bez dziury w suficie).

Pierwsza cenota

Wstęp do środka kosztował 25 pesos. Jako, że na dworze było gorąco, schodząc do jaskini poczuliśmy od razu przyjemny chłód. Sama woda nie była za zimna a i bardzo czysta (widzieliśmy jak bardzo głęboka sięga woda w jaskini; według chłopaka, który tam pracował, najgłębsze szczeliny mają do 8 metrów głębokości). Samo pływanie zajęło nam z 15 minut, no bo co robić w małej sadzawce. Ja jeszcze skusiłem się na płynięcie tunelem w głąb jaskini (przy wejściu nie było tam oświetlenia i mało miejsca nad wodą). Dodatkowa atrakcja kosztowała dodatkowo 25 pesos za wypożyczenie kamizelki ratunkowej i nie była tego warta. Otóż tunel miał z trzy metry długości gdzie na końcu siadało się na kamieniu i tyle. Gdy wyszliśmy z cenoty stwierdziliśmy, że mamy jeszcze czas no i że chcemy zobaczyć większą cenotę, gdzie słońce będzie wpadać do wewnątrz. Po zagadaniu Hiszpanek i ich przewodnika udaliśmy się pieszo (jakieś 4 km) do dużej otwartej cenoty. Kosztowała 30 pesos za osobę i była wielgaśna. W dodatku było można poskakać z liny do wody. Zauważyliśmy, też że wchodząc do wody po drabinie małe rybki skubią nam pięty – dziwne odczucie ;P. Na koniec zobaczyliśmy jeszcze jedną cenotę z bardzo stromym zejściem i głównie tym się wyróżniała. I tak zakończyliśmy ostatni z punktów, który chcieliśmy zobaczyć na Jukatanie.

Gosia niepewnie patrzy w głąb drugiej cenoty…

Woda w cenotach jest krystalicznie czysta

Tego samego dnia wróciliśmy do Meridy, skąd wieczornym autobusem udaliśmy się do Palenque, ale to już w kolejnym wpisie..

Podążaj Jacek:

już po 30, przed wyprawą życia, mąż

Zostaw komentarz