Jakie jest Chiapas?

wpis w: Gdzie byliśmy, Meksyk | 0
Chiapas to region wyjątkowy w Meksyku z paru względów. Jak zdążyliśmy zauważyć, sami Meksykanie w rozmowach podkreślają, że do Chiapas należy się udać i traktują go jak perełkę w skali całego kraju.

To, co wyróżnia Chiapas na tle reszty regionów, to niezwykła i zróżnicowana natura. Gdziekolwiek się udasz, by oddać się eksploracji terenu, najpewniej będziesz mieć okazję iść wzdłuż rzeki, albo środkiem dżungli bądź poprzez góry. Reszta kraju jest dosyć wysuszona, dlatego w Chiapas można odetchnąć z ulgą i nacieszyć się pięknymi widokami.

Kolejną rzeczą jest bogata kultura regionu. W Chiapas odnajdziemy mnóstwo rodzimej społeczności, która nadal kultywuje swoje tradycje. Odwiedzając Chiapas będziemy więc mogli spotkać kolorowych mieszkańców mniejszych miejscowości lub wsi, którzy identyfikując się ze swoimi dotychczasowymi zwyczajami zachowali tradycyjny styl ubioru. Dzięki temu można ich lepiej rozpoznać i oszacować, z którego punktu Chiapas pochodzą. Pojawiają się też w większych miastach, aby sprzedać to, co udało im się samodzielnie wykonać. Będą to więc ozdoby, pamiątki dla turystów, ale też regionalne słodycze czy owoce lub warzywa.

 

Palenque

My zaczęliśmy swoją przygodę z Chiapas właśnie od tego miejsca. Znane najbardziej z położonych niedaleko miasta a znajdujących się pośrodku dżungli, bardzo dobrze zachowanych ruin Majów. Kompleks prekolumbijski to parę świątyń i pałaców, po których można się poruszać samodzielnie bądź z przewodnikiem. Całość ma formę dużego parku, więc znajdziemy sporo zielni i tras wokół czy pomiędzy budowlami. W 1987 roku ruiny wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Niekwestionowanym plusem odwiedzin ruin Palenque jest możliwość poruszania się po przestrzeni tak naprawdę do woli. Oznacza to również, że można wejść na wszystkie budowle, przejść się po tarasach, a nawet wejść do wewnątrz jednej z piramid. Takich doznań nie doświadczymy np. w Chichén Itzá, na której piramidy można jedynie popatrzeć. Z czystym sumieniem możemy więc powiedzieć, że ruiny Palenque to absolutne must be. Zrobiły na nas niesamowite wrażenie i w momencie wejścia do parku padł z naszej strony objaw zachwytu w postaci wymownego wow.

Do Palenque jechaliśmy nocnym autobusem z Meridy. Podróż trwała około 10 godzin, ale podczas nocnej trasy jest to na szczęście niezbyt nieodczuwalne (a i cena za nocleg odchodzi!). Bilet kupiliśmy z wyprzedzeniem i kosztował nas około 350 MXN/os., co jak na długość i czas pokonania trasy jest niewiele. Autobus klasy drugiej, czyli według meksykańskiej nomenklatury, przeznaczonej dla lokalsów, choć niczym w zasadzie się nie różni od naszych regularnych autobusów w Polsce. Dworzec ADO w Palenque znajduje się na trasie prowadzącej do ruin Palenque, więc jeśli zdecydujecie się na nocleg, który my wybraliśmy (patrz poniżej), to łatwo będzie Wam się tam dostać. Polecamy ominąć taksówkarzy, bo jak zwykle będą chcieli więcej niż ogólnie się przyjmuje. Po wyjściu z dworca kierujcie się na prawo, tam będzie czekać lub będzie można załapać taxi colectivo za znacznie mniejszy pieniądz.

Noclegu polecamy doświadczyć w El Panchan, małej mieszkalnej osadzie, która znajduje się na granicy Parku Narodowego Palenque. My skorzystaliśmy z domków Jungle Palace. Koszt w pokoju 3-osobowym dla dwóch osób wynosił 170 MXN (bez śniadania), przy czym nikt do nas podczas pobytu nie dołączył i pokój mieliśmy na wyłączność. Domek stał pośrodku dżungli, na drewnianych palach z tarasem. W oknach zamiast szyb – moskitiery, choć w nocy komarów nie słyszeliśmy. Wieczorem usypiały nas cykady, a nad ranem budził wrzask małp, więc to zaiste ciekawe doświadczenie. Ośrodek El Panchan ze względu na swoje położenie, dzieli od ruin Palenque około 30 minut spaceru. Mniejsi entuzjaści spacerowania mogą złapać taxi colectivo w kierunku ruin za około 20 MXN. Taką samą kwotę należy przeznaczyć na dotarcie do miasta Palenque (trasa w drugą stronę) i tutaj nie polecałabym pieszych wycieczek, bo to już będzie znacznie dłuższa droga.

Bilet wstępu do ruin Palenque to 70 MXN. Najlepiej jechać od samego rana lub po godzinie 12:00, kiedy słońce nie jest już tak wysoko i nie daje tak mocno po garze. Przed wejściem można zapytać o przewodnika po starym mieście Majów i przygotować się wówczas na koszt ok. 350 MXN.

Schodząc w stronę miasta po lewej stronie jest wejście do dżungli. Ścieżki są raczej oznaczone, ale trzeba być uważnym, bo w gąszczu zieloności trudno jest się ich dopatrzeć. Przy odrobinie szczęścia można wyniuchać małpy, papugi i odnaleźć resztę ruin Majów.

 

Misol-Ha

Kierując się z Palenque do San Cristobal de las Casas można obrać dwie drogi. Jedną, którą pojedzie autobus z dworca ADO i wszystkie te auta, które się bardziej spieszą oraz drugą, która zgodnie z mapą jest krótsza, ale jedzie się nią znacznie dłużej. Ta ostatnia trasa jest o tyle ciekawsza, że po drodze można – ba! należy – wpaść do dwóch naturalnych atrakcji. Jedną z nich, którą można odwiedzić jest wodospad Misol-Ha. Aby trafić do zielonego zakątka z wodospadem można łapać stopa (droga jest prosta i nie ma opcji, żeby nikt nie wysadził pasażera w odpowiednim punkcie a i ruch jest sensowny) bądź colectivo za 20 MXN za osobę. My wybraliśmy tę drugą opcję, bo gonił nas czas, a chcieliśmy w tym samym dniu zajechać jeszcze do Agua Azul i San Cristobal de las Casas (o czym poniżej). Colectivo wysadziło nas na głównej drodze, przy skręcie do Misol-Ha. Potem pospacerowaliśmy około 20 minut w dół do wodospadu. Przy czym z ciężkimi plecakami, przy wysokim słońcu i temperaturze może jednak nie do końca to był spacer 😉 Po drodze zatrzymają was, aby zakupić bilet wstępu do parku. Nie pamiętam jaki to był koszt, ale około 10 MXN, więc niewiele. Kolejne 20 MXN należy uiścić za wstęp do samego wodospadu.

Wodospad Misol-Ha jest wysoki na 35 metrów a woda spada gwałtownie do małego jeziorka. Kąpiel jest dozwolona, ale trafimy parokrotnie na informacje, żeby uważać i ci, co niepewni są swoich pływackich kompetencji odpuścili kąpiel. Woda może wciągnąć nieroztropnego śmiałka w zimną otchłań a i ratownika nie uświadczysz. Brrr.. Wodospad można obejść z każdej strony, trochę się ochłodzić i dać kolejny pieniądz za możliwość wejścia do szumnie nazwanej jaskini. Tam rzekomo są jakieś skamieliny, w każdym razie tego nie sprawdzaliśmy 😉

 

Agua Azul

Po półgodzinnej przerwie nad wodospadem Misol-Ha, wciągnęliśmy nasze szacowne i plecaki z powrotem na górę, na główną trasę. Stamtąd zgarnęliśmy colectivo w kierunku Agua Azul za 40 MXN od osoby. Podróż trwała około godziny i taxi podwiozło nas prosto na miejsce. Tutaj polecam czujność, bo normalnie colectivo wysadzi cię znów na głównej trasie, przy skręcie do Agua Azul. W tej sytuacji jednak będzie to 4 km dystans do pokonania. Niewiele, ale z plecakami dystanse mnoży się przez 10 😉

Agua Azul to wyjątkowe kaskady wodospadów. Może sama forma jest do powtórzenia, ale kolor wody jest absolutnie unikalny! Niezwykle turkusowa woda niesie się wzdłuż całego kompleksu. Początkowo zdaje się być mętna, ale to tylko złudzenie. Jest całkowicie czysta i całkiem orzeźwiająca. Odwiedzający Agua Azul mają możliwość kąpieli w turkusowej wodzie, ale trzeba uważać, aby prąd wody nie zniósł pływaka za daleko. W zasadzie nie jest tak płytko, a i woda niesie dosyć sensownie. Tam spędziliśmy trochę więcej czasu, ciesząc się jak dzieciaki z koloru wody i pięknego otoczenia 🙂 Oczywiście na miejscu nie brakuje dziesiątków stoisk z bardzo ważnymi pamiątkami, ale to rzecz jasna można szybkim krokiem ominąć. Ja tylko pokusiłam się na żarcie, wiadomo. Solone chipsy z banana okazały się moją słabością.

Trochę nam zeszło nad Agua Azul. Zastanawialiśmy się, czy na dziko by tutaj nie zostać. Przed tym jednak sprawdziliśmy jakie są opcje jazdy dalej do San Cristobal. Więc stoję przy plecakach, Jacek chodzi po parkingu i szuka okazji. No to stoję sobie, kręcę się w kółko, obracam się. A tam – plakat formatu A3975 ze zdjęciem smutnej pani w ciąży, oznajmiający że tu są komary, a jak komary to i denga i uważaj lepiej turysto, bo tutaj nie ma żartów. Dzięki. Jacek – wyjeżdżamy! 😀

Zagadaliśmy więc do jakiegoś samotnie podróżującego Meksykanina z wypożyczonym autem, podwiózł nas te 4 km na główną trasę i szukamy dalej. W sumie nie było już tak wcześnie, a do San Cristobal jeszcze spora droga. No nic. Jedzie jeden, drugi, potem pauza.. Ja już się obracam gdzie by tu namiot rozłożyć, ale oto nadjeżdża mały, biały wozik. Jacek rzuca się pod koła i po 5 minutach przepakowywania autka – jedziemy. Jak się okazało jechaliśmy z wesołym, włoskim małżeństwem, które po raz pierwszy zabrało kogoś na stopa. W sumie nie wiem kto miał większą frajdę – oni czy my 🙂 Droga do San Cristobal ciągnęła się totalnie i zajechaliśmy zupełnie pod wieczór. Jacek miał przygotowanych parę adresów hosteli, więc wpakowaliśmy się do… uklejonej z gliny jamy 😀 Chociaż na tą jedną noc.

 

San Cristobal de Las Casas

To miejsce, w którym w środku naszej zimy zjedliśmy truskawki. Więc na pewno warto! 🙂 A tak serio, jest to jedno z tych bardziej urokliwych miast Meksyku, w którym obecność jest raczej obowiązkowa. San Cristobal de las Casas stoi na 2100 m n.p.m. więc czas spędza się w otoczeniu gór. Ze względu na swoje położenie, nie należy do najcieplejszych miast Meksyku. Trzeba też być przygotowanym na różną pogodę. My jednego dnia chodziliśmy w krótkich spodenkach, kolejnego musieliśmy założyć bieliznę termiczną. W każdym razie to, co wyjątkowe w San Cristobal to piękne uliczki, kolorowi rodzimi mieszkańcy okolic miasta, duży i zróżnicowany mercado, pyszne zupy!

Stolicą stanu Chiapas niegdyś była miejscowość Chiapa de Corzo, ale hiszpańskim konkwistadorom nie udało się do końca zdobyć miasta ze względu na walecznych i opierających się lokalnych mieszkańców. Postanowiono więc, że stolicę należy przenieść do wyżej położonego San Cristobal, gdzie łatwiej było o podbój tamtejszych ziem. Obecnie, San Cristobal de las Casas jest kulturalną stolicą stanu Chiapas. Znajdziemy więc tutaj rzesze artystów, mnóstwo rękodzieła i unikalnych pamiątek. Artystyczny duch nie opuszcza miasta, jest tu więcej niż gdziekolwiek indziej hippisów, którzy podobnie jak lokalsi próbują sprzedać na ulicach np. samodzielnie wykonanego łapacza snów, by zostać w mieście jeszcze trochę dłużej. Nas akurat hippisi XXI wieku denerwują, ale w sumie są nieszkodliwi 😀

To, co warto według nas zobaczyć w San Cristobal de las Casas to:
– mercado z niezliczoną ilością produktów
– muzeum Na Bolom. Będące niegdyś domem dla francusko-szwajcarskiejgo małżeństwa, które odkryło ruiny Palenque oraz zajęło się dokumentacją życia ludności w dżungli. Fajnie zebrane zdjęcia, przedmioty, pamiątki pozostawione po śmierci obojga małżonków dla celów muzealnych. Za muzeum dodatkowo niewielki ogród z chatką przeniesioną prosto z dżungli
– kościoły stojące na przeciwległych wzgórzach. Warto się wspiąć po schodach, chociażby dla samych widoków
– zjeść gorące zupy (pozole) w knajpie El Caldero

Na pewno należy pominąć muzeum kawy – wszechsuchar absolutny 😀

 

Canyon Sumidero

W San Cristobal spędziliśmy trzy noce, żeby trochę wypocząć i ochłonąć w niższych temperaturach. Potem ruszyliśmy w dół, a dokładnie na wycieczkę do kanionu Sumidero. Kanion jest na drodze do miasta Tuxtla – stolicy stanu Chiapas, więc nietrudno znaleźć transport na miejsce. Można oczywiście wykupić sobie tour z San Cristobal, ale my zdecydowaliśmy się pojechać nad kanion na własną rękę, co rzecz jasna obniżyło koszt wyjazdu. Colectivo wysadziło nas na drodze przy zejściu do kanionu. Łatwo więc znaleźć port i odpływające na wycieczki po kanionie lanchas, czyli łódki motorowe dla pasażerów. Bilet na rejs to koszt około 220 MXN.

Rejs lanchą trwał około 1,5 godziny i był super atrakcją, którą zafundowaliśmy sobie na naszą rocznicę 🙂 Podczas rejsu, kierowca łódki opowiadał o historii, faunie i florze kanionu i przystawał w miejscach, w których można było dojrzeć krokodyla czy żółwie. Piękne widoki, wyjątkowa przyroda i fajna zabawa, więc polecamy!

 

Chiapa de Corzo

To niewielka miejscowość nad rzeką, z której najczęściej można złapać toura nad Canyon Sumidero. My jednak odwiedziliśmy miasteczko, ze względu na jego historię, o której wspomniałam wyżej. W Chiapa de Corzo nie ma jednak wiele do roboty. Na głównym placu znajduje się piękna, XVI-wieczna fontanna, która obecnie nie jest aktywna a stanowi po prostu obiekt architektoniczny, który nie możemy zaprzeczyć – jest imponujący 🙂 Poza tym można zejść w dół, w stronę rzeki, minąć kościół, paręnaście stoisk z souvenirami i zrobić sobie pauzę w oczekiwaniu na dalszą drogę. To, z czego Chiapa de Corzo jest znane, to orzeźwiająco-energetyzujące napoje, które mają swoją długą historię, a pije się je do dzisiaj. Jest to najczęściej mieszanka kakao, wody lub mleka – to według preferencji, przy czym tradycyjnie powinna to być woda, cynamonu oraz kukurydzianego ciasta. Ciekawe w smaku, ale niekoniecznie do powtórzenia 😉

 

Tuxtla

O tym miejscu najmniej mamy do powiedzenia, bo potraktowaliśmy Tuxtlę jako nasze miejsce transferowe – stąd właśnie jechaliśmy dalej do Oaxaca. W każdym razie nie było potrzeby zostawać tu dłużej. Miasto ma jeden główny, nieciekawy plac z przystępniejszym architektonicznie kościołem obok. W tym samym miejscu odbywał się akurat strajk, więc rozłożone namioty i ludzie leżący na kartonach nie dodawały uroku otoczeniu. Drugim punktem w Tuxtli, nieco ciekawszym jest Parque de la Marimba. Tam właśnie odbywa się nocne życie mieszkańców miasta. Była więc oranżeria pośrodku niewielkiego parku, koncert, tańce i spacerujące rodziny, zagryzające raz po raz zakupione przed chwilą słodycze czy chrupaki.

Z Tuxtli dorwaliśmy nocny autobus do Oaxaca, by odkryć nowe smaki następnego regionu Meksyku.

 

Podążaj Małgosia:

Lubię, gdy jest wietrznie, jeść owoce zerwane prosto z drzewa, zapach żniw, ludzi i pasikoniki. Nie lubię żółtego sera.

Ostatnie wpisy

Zostaw komentarz